Podróże

Big Sur z Moniką.

April 7, 2016
BS_16

Z Moniką z bloga Gotuje bo lubi poznałyśmy się kiedyś przelotnie w Warszawie. Nie sądziłam nawet, że może mnie pamiętać, bo nasz kontakt ograniczył się do rozmienienia pieniędzy na jakimś targu jedzeniowym, na którym obie sprzedawałyśmy swoje wypieki. Jadąc do Kalifornii wiedziałam już, że od jakiegoś czasu Monika mieszka w San Francisco i niedługo po przyjeździe postanowiłam do niej napisać. Umówiłyśmy się kilka dni później i mogę powiedzieć, że zaskoczyło między nami chyba od razu. Pomijając fakt, że obie interesujemy się gotowaniem (choć przy mnie Monika jest prawdziwym fanatykiem) okazało się, że obie studiowałyśmy filologię słowiańską, którą później zamieniłyśmy na psychologię (w tych samych szkołach). Od tego czasu dość często zdarza nam się szwędać razem bez celu, jeść nieprzyzwoicie smaczne ciastka z Tartine Bakery i rwać zachłannie jeszcze ciepły chleb, żeby za chwilę z cichym (lub głośnym) westchnieniem cieszyć się tym prostym, ale najlepszym pod słońcem smakiem.

Niedawno drugi raz wybrałyśmy się na dwudniową, dziewczyńską wycieczkę. O pierwszej pisałam tutaj. Tym razem wybrałyśmy bliższe okolice i z nieskrywaną ekscytacją ruszyłyśmy w drogę :)

Wycieczkę zaczęłyśmy tradycyjnie od chleba. Okazuje się, że całkiem niedaleko, w Los Gatos można kupić dobre pieczywo (według mnie, standardy Moniki są nieco zawyżone ;) ). Odwiedziłyśmy więc uroczą, małą piekarnię Manresa Bread, z której w drogę zabrałyśmy bagietkę, chleb z brzoskwiniami i fantastyczne ciastka z ciasta francuskiego z karmelizowanym cukrem i nieprzyzwoitą ilością masła. Kolejny przystanek na szybką kawę w Santa Cruz i bez szczególnego planu ruszyłyśmy do Carmel. Droga wiodła przez piękne, zielone wzgórza, które w tym roku, na skutek dość dużych opadów odżyły soczystą zielenią. Koło południa dotarłyśmy do uroczej mieściny Carmel By The Sea, która słynie przede wszystkim z bajecznego położenia i przepięknych domów nad oceanem, ale też z tego, że jednym z mieszkańców jest sam Clint Eeastwood. Co chwila z wrażenia nad pięknem tego co widzimy opadały nam szczęki a domy rzeczywiście robiły potężne wrażenie. Te miejsca wyglądają jak z bajki i może jestem naiwna, ale w takich okolicznościach przyrody chyba nie można być nieszczęśliwym. Domy pobudzają wyobraźnię i łatwo stracić głowę w marzeniach o tym, jak niesamowicie byłoby móc obudzić się kiedyś w sypialni z widokiem na ocean. Zaparzyć herbatę i zjeść śniadanie na tarasie. To po prostu nieprzyzwoite, że można tak mieszkać ;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjecie poniżej to domki do wynajęcia. Coś co działa na zasadzie hotelu, ale każdy domek jest w pełni wyposażony w kuchnię, sypialnię i salon. Może po to, żeby poczuć jak to jest mieszkać w Carmel ;) Cena za noc to około 500 dolarów, każdy domek mieści 6-8 osób. OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeżdżąc bez konkretnego planu po okolicach Carmel trafiłyśmy na małą, kameralną plażę a ponieważ pogoda dopisywała zostałyśmy tam chwilę dłużej. Monika leniwie wylegiwała się na słońcu a ja podejmowałam kolejne próby dziergania na drutach. To była jedna z tych chwil, w których świat zatrzymuje się na chwilę a ty możesz zostać tylko z najlepszymi myślami.

Kolejnym punktem programu była kolacja w Big Sur Bakery. To miłe miejsce przy Highway 1 jest chyba dość popularne, nawet wśród miejscowych. Warto pamiętać, że między 15 a 17:30 po południu lokal jest zamknięty. Pizza, którą zjadłyśmy była smaczna, choć nie powalała na kolana (za to jej cena tak), ale i tak uznaję to miejsce za najlepszą przydrożną knajpkę w jakiej miałam okazję jeść w Kalifornii.

Po drodze na kolację zboczyłyśmy na chwilę z trasy i trafiłyśmy w zupełnie oderwane od rzeczywistości miejsce. Bujne ogrody, równo przystrzyżone trawniki i domy na skarpach. Jeden z nich nazywa się SeaSpace i jest naprawdę z innej planety. Zbudowany w 1969 roku jest obecnie wart około 3 mln dolarów i ponoć jest do kupienia ;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ten już zupełnie normalny ;)
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem już tylko zachód słońca przy Pfeiffer Falls.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nocowałyśmy w Carmel Valley, kolejnej sielankowej miejscowości, położonej około 15 minut jazdy samochodem od Carmel By The Sea. Wynajęłyśmy naprawdę przyjemny hotel za bardzo rozsądną cenę (link tutaj). Co ciekawe, spóźniłyśmy się z zameldowaniem a po tym jak dotarłyśmy na miejsce recepcja była już zamknięta. Klucz do naszego pokoju czekał w kopercie, przybity do drzwi :D

Następnego dnia zrobiłyśmy powolny objazd po 17 miles Drive. Za wjazd na drogę trzeba zapłacić (nie pamiętam dokładnie, ale zdaje się, że koło 10 dolarów) i za tą cenę znaleźć się w kolejnej odrealnionej krainie rodem z amerykańskich filmów. Tych, w których bogaci panowie grają w golfa na olbrzymich przestrzeniach z równo przystrzyżoną trawą podczas gdy ich nienagannie ubrane żony popijają drinki w pobliskim country clubie, plotkując przy brydżu. Po wszystkim wracają do swoich nieprzyzwoicie dużych domów (obowiązkowo z widokiem na ocean) podziwiając wcześniej idealnie przystrzyżone przez ogrodnika z Meksyku róże. Naprawdę ten świat tam jest dla mnie tak nierzeczywisty i odległy, że nawet nie staram się go zrozumieć. Pomijając wszystko, widoki były spektakularne jak zawsze a mała kładka przy oceanie skradła nasze serca na kilka dłuższych chwil.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A później przy dźwiękach Pink Floyd (choć chyba bardziej Die Antwoord) wróciłyśmy do rzeczywistości ;)

You Might Also Like

3 Comments

  • Reply Monika April 8, 2016 at 1:14 am

    mega wycieczka ;*

  • Reply Bożena February 28, 2017 at 10:46 am

    Piękna wycieczka. I te zdjęcia. Ach! Poprawił mi się nastrój mimo, że to Luty (choć dziś nawet słonecznie) i siedzę w biurze.
    Pozdrawiam z Wawy.
    Bożena

  • Reply admin March 5, 2017 at 4:44 am

    Cieszę się, że mogłam pomóc w poprawie nastroju! Pozdrowienia z Kalifornii :)

  • Leave a Reply